Sztuka dawania

Przez długi czas byłem przekonany, że mam super funkcjonującą firmę i w takim przekonaniu trwałem. Oczywiście firma miała przychody i zyski, natomiast działo się z nią coś, co umknęło mojej uwadze i to na kilka lat, mimo że dość skrupulatnie starałem się podchodzić do zarządzania finansami i ich pilnowania.

 

3 maj, Bartosz Nosiadek

Obserwuj nas na Facebooku
Obserwuj nas na Google+
Obserwuj nas na Youtube 

Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o dziesięcinie.

Kwestia dzielenia się swoimi zarobkami od długiego czasu była w moim sercu, natomiast przez długi czas to nie było zorganizowane. Czyli tak sobie działałem od strzału do strzału, przyszły święta, to się komuś pomogło, ale nie było na to żadnego systemu, żadnego zorganizowanego sposobu działania.

Skala w stosunku do przychodów też była dosyć niska, bo skupiałem się na rozwoju biznesu i jak masz firmę, jak masz koszty stałe, to najpierw patrzysz, żeby się tym zająć.

I wydarzyły się pewne ciekawe rzeczy, które mnie skłoniły do tego, żeby jednak rozpocząć płacenie dziesięciny.

Przez długi czas byłem przekonany, że mam super funkcjonującą firmę i w takim przekonaniu trwałem. Oczywiście firma miała przychody i zyski, natomiast działo się z nią coś, co umknęło mojej uwadze i to na kilka lat, mimo że dość skrupulatnie starałem się podchodzić do zarządzania finansami i ich pilnowania.

Co takiego umknęło mojej uwadze?

W pewnym momencie zacząłem śledzić rubrykę „zadłużenia”. Były to wprawdzie kredyty inwestycyjne, czyli takie, które teoretycznie miały zarobić na zasadzie dźwigni finansowej.

Uderzyło mnie w pewnym momencie to, że skala tych kredytów jest ogromna. Wywołało to moje przerażenie, bo wcześniej to traktowałem tak, że w mądrych podręcznikach napisali, że tak się robi, to ja też tak robię, ale ogarnął mnie wielki strach.

Najgorsze scenariusze

Konkretnie to była kwota 2,7 miliona długu głównie inwestycyjnego i tak sobie pomyślałem: co się stanie, jak zachoruję?

Przecież kiedyś byłem chory, to jeśli by się to stało ponownie to leżę. A co się stanie, jak się rynek załamie? A co się stanie, jak klienci nie przyjdą? Co się stanie, jak pozwolenia jakiegoś nie dostanę?

Szereg takich pytań w głowie mi się pojawił na zasadzie normalnych racjonalnych wątpliwości. Jesteś bardzo mocno zadłużony, płacisz miesięcznie ratę dwadzieścia siedem tysięcy złotych, stałe koszty w firmie to blisko sześćdziesiąt tysięcy miesięcznie i co się stanie, jak się to sypnie?

Nagle ogarnęło mnie przerażenie, bo myślę sobie, że nie dość, że będą wielkie kłopoty finansowe, dla rodziny byłby to cios potężny. I jeszcze to, że przecież uczę zarządzać finansami i musiałbym ponieść wielki wstyd wobec tysięcy czy dziesiątek tysięcy ludzi, którzy się z materiałami zetknęli.

Ogarnęło mnie przerażenie.

Jest takie powiedzenie: „portfel nawraca się ostatni”, ja sam mogłem tego doświadczyć. Już wcześniej temat takiej pogłębionej relacji z Panem Bogiem, jakieś wyjazdy na rekolekcje, doświadczenie modlitwy, zaczęło się to pojawiać już wcześniej w moim życiu, ale finanse cały czas były trochę na boku. Firma to jest taki temat, że trzeba zarabiać, trzeba trochę pokombinować, to jest takie ludzkie, z dala od Pana Boga.

Jaki był efekt tych moich rozważań? Po pierwsze przerażony, bo mam duży dług. Oprócz tego długu inwestycyjnego były tam jeszcze nieformalne poręczenia, inwestorzy powierzyli pieniądze jednej firmie.

„Wezmę to na siebie”

Ja powiedziałem, że jak będą kłopoty to wezmę to na siebie. Suma tego wszystkiego to było 3,5 miliona złotych. Oczywiście każda rata była zapłacona, wszystko było ładnie obsługiwane, natomiast tak się zacząłem martwić, co się stanie jak to się rozsypie i bałem się, że jestem tego bliski.

Pamiętam, że jeszcze rok wcześniej mówiłem mojej żonie, że tak jesteśmy ustawieni, że nawet jakbym dziesięć lat nie pracował to i tak będziemy w stanie się spokojnie utrzymać, bo tu jakiś zapas, tu jakieś czynsze.

Co mi pomogło?

Zacząłem się w tej sprawie modlić i przyjąłem trzy postanowienia. Miałem wielkie pragnienie żeby z tych długów się wyrwać, bo zaczęły one być dla mnie ogromnym ciężarem i przynosiły wielki stres.

Pierwsze postanowienie było takie, że w stu procentach wdrażam uczciwe działanie polegające na tym, że 1=1, 2=2, tak = tak, żadnych odstępstw.

Myślę, że ludzie, którzy prowadzą biznes w gąszczu różnych przepisów wiedzą doskonale, że są takie obszary, które można nazwać szarymi. Jest dużo takich sytuacji, gdzie stajesz przed moralnym dylematem, czy postąpić w stu procentach uczciwie, czy może wejść do szarej strefy.

Dawanie 100 procent

Więc moje postanowienie było takie, że idę na sto procent, Bogu powierzyłem swoją działalność, swoją firmę, żeby to moje prowadzenie biznesu nie było tylko ku mojej uciesze i większym zyskom.

Czyli pierwsze postanowienie: 100% uczciwości, drugie postanowienie: płacę dziesięcinę, od tego dnia, w którym przyjąłem to postanowienie, że dziesięć procent dochodu chcę przeznaczyć na takie dobre cele. I trzecie postanowienie: zero nowych kredytów.

Żadnych kredytów więcej, bo jak chcesz się z czegoś wyrwać, to nie możesz dalej tego robić, czyli jak chcesz przestać pić, to nie możesz przerzucić się na alkohole o niższym procencie, tylko przerywasz picie. Takie było moje postanowienie dotyczące kredytów.

Z tymi trzema postanowieniami poszedłem w świat, poszedłem w biznes i stały się ciekawe rzeczy. Nie musiałem długo czekać na efekty.

Pierwsze efekty

Pierwszy efekt był taki, że klient, który miał w naszej firmie kupić mieszkania zrezygnował. Po prostu wypowiedział umowę, zmienił plany zawodowe i inwestycyjne. Nagle odpłynęło mi pięćset tysięcy przychodu, które miałem dostać. Nie do końca tak to planowałem i sobie to wyobrażałem, ale trudno.

Problemów ciąg dalszy

Jak to się stało to ten zapas, który miałem bardzo szybko zaczął topnieć. Firma, która nie ma przychodu nagle krwawi gotówką, bo tu raty do zapłacenia, pracownicy do opłacenia, rachunki z budowy do zapłacenia i nagle nie ma klienta.

Także ten czarny scenariusz, którego się bardzo obawiałem właśnie się zaczął realizować na moich oczach. I tak saldo spada i spada, co tu robić?

Wystawiam ogłoszenia, staram się pozyskać kolejnych klientów.

Dalej historia rozwinęła się tak, że był to początek miesiąca i na wszystkich kontach, prywatnych i firmowych, jakie miałem do dyspozycji, było na nich siedemset złotych. Pomyślałem, że widocznie mi się należy. Ale co winni są ludzie temu, że ja jestem naiwny? Muszę ludziom zapłacić pensję, raty, za siedemset złotych tego nie zapłacę.

Normalnie w takich okolicznościach biegłem do banku i starałem się uzyskać kolejny kredyt. Dawali mi te kredyty, bo miałem i przychody i dochody, ale to pogłębiało moją negatywną sytuację i nie chciałem tego robić. Ciężko główkowałem, co mogę zrobić i zamiast latać po bankach zacząłem latać po klientach.

Zwróciłem się z prośbą o pomoc do swoich klientów

Zacząłem rozmowy z klientami, z którymi byłem umówiony, że zapłacą dopiero jak zakończymy budowę. Budowa była w trakcie, myślałem, że postaram się o jakieś zaliczki.

Było to możliwe, kolejne półtora miesiąca na tych zaliczkach wytrzymałem i znowu ten sam problem: blisko denka, totalna pustynia i posucha. Później brat ode mnie mieszkanie kupił, pomógł mi w taki sposób.
Były to dla mnie ciężkie lekcje pokory i pokazanie, że nie zawsze jest tak, że jak się czegoś tknę to się to zamienia w złoto.

Więc doświadczyłem takiego jechania po krawędzi noża cały czas, ale starałem się dotrzymywać swoich obietnic, jednej związanej właśnie z dziesięciną.

Prowadząc firmę czasem jest tak, że masz dochód, a nie masz pieniędzy, coś zafakturować, ktoś jeszcze nie zapłacił i wychodzi ta dziesięcina do zapłacenia, a tu w baku sucho, za dużo nie ma.

Dylematy finansowe

Także stałem przed takimi dylematami, oczywiście jest mi bardzo daleko do wdowy, która wrzuciła ostatnie dwa grosze, co miała na utrzymanie, bo mój „poziom biedy” w tamtym czasie, kiedy się w miarę wygodnie żyło i niczego nie brakowało i poziom jej biedy to są skrajnie różne dwie rzeczy do porównania.

Ale mogłem tego mechanizmu doświadczyć, że za dużo nie masz i stoisz przed dylematem:

Czy dasz dziesięcinę, czy nie dasz.

Później byłem już zrozpaczony, bo nie wiedziałem jak ta historia się rozwinie i jak się to skończy.

W ciągu kilku tygodni po takiej „operacji pustynna burza”, gdzie mi wszystko zniknęło, a trwało to chyba osiem miesięcy, tak nieprawdopodobnie sypnęło klientami, że w ciągu pół roku byliśmy w stanie dokończyć budowę domu prywatnego.

Nie mam wątpliwości, że to była Boża łaska, półtorej miliona kredytów ze sprzedaży, a osiedle, które nie wiedziałem jak wybudować, bo nie chciałem iść do banku po kredyt, trafił się klient, dzięki któremu wybudowałem całe osiedle nie zaciągając kolejnych kredytów.

Uderzające doświadczenie

Było to dla mnie bardzo mocne doświadczenie Bożej pomocy i też uwalniające w sensie, że zrozumiałem, że wolność finansowa nie pochodzi z tego, że będziesz mieć dużo pieniędzy na koncie i nie wiadomo jakie zasoby i nieruchomości, bo możesz to po pierwsze bardzo szybko stracić, a po drugie to wcale nie jest gwarancją wielkiego bezpieczeństwa.

Zrozumiałem, że ta prawdziwa, głęboka wolność to jest brak przywiązania do pieniędzy, zaufanie Bożej opatrzności ale też robienie co tylko możesz, najlepiej jak potrafisz. Siedzenie z założonymi rękami i czekanie aż mi spadnie garnek złota z nieba po prostu nie działa.

Wracając do dziesięciny było to dla mnie bardzo mocne doświadczenie tego, że kiedy jest jakaś trudna sytuacja, a człowiek postanawia dzielić się tym, co ma to w niespodziewany sposób może się zaskoczyć tym, jak to wraca.

Jeśli z serca szczerze chcesz się podzielić tym, co masz z osobami, które tego potrzebują to możesz się zaskoczyć tym, jakie pozytywne efekty to może przynieść.

Dużo ludzi pyta, co to jest dziesięcina?

W pojęciu biblijnym dziesięcina to jest dziesięć procent na kościół, a dla biednych jest dopiero jałmużna, to jest inna kategoria.

Żyjemy w świecie, w którym ten dobry zwyczaj został zapomniany, można stopniowo do niego wrócić, boisz się dziesięć procent, to zacznij dwa procent przeznaczać na Boże cele, na uczynki miłosierdzia, może jakaś fundacja, może jakiś kapłan.

Historia mamy Hani.

Mogę wam podrzucić bardzo praktyczny pomysł. Jest to sytuacja, w której miałem okazję osobiście brać udział. Jeden z uczestników naszego szkolenia po pierwszym szkoleniu trochę się zainspirował.

Okazało się, że podjął decyzję, że zamiast słuchać radia jeżdżąc do pracy zaczął w samochodzie modlić różaniec. Po dwunastu latach, gdzie mąż i żona mieli kłopot, nagle się okazało, że czekają na dzieciątko.

To wspaniała historia, dziecko się faktycznie urodziło. 23 grudnia zeszłego roku mała Hania się urodziła, natomiast trud tej sytuacji jest taki, że dzień później w niespodziewany sposób mama Hani została zabrana na onkologię na leczenie nowotworowe.

Okazało się, że jest chora na raka. Dla mnie to jest heroiczna postawa tej kobiety, znam tych ludzi, jesteśmy z nimi w miarę blisko. Jeśli ktoś się zainspirował tym, że chciałby płacić dziesięcinę albo dzielić się tym co ma to zachęcam bardzo serdecznie, żeby pomóc tym ludziom.

Uważam, że jest to bardzo ważny cel i potrzebny teraz, ponieważ mama Hani, czyli Kasia, jest w trakcie bardzo rokującego leczenia, które jest kosztowne, ale pomaga. Okazuje się, że jak Bóg da może wygra walkę z tą chorobą.

Podziel się ze znajomymi:

Bartosz Nosiadek
Bartosz Nosiadek

Deweloper z pasją edukacyjną. Zajmuje się budowaniem nieruchomości i pośrednictwem w ich obrocie. 13 lat temu zaczynał pracę jako akwizytor, a dzisiaj grupa firm, którą kieruje, sprzedaje między 60 a 120 nieruchomości rocznie.